![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
serrana bloguje...2005-02-21 16:43:56Schadenfreunde Nie wiem jak olbrzymie pokłady Schadenfreunde we mnie drzemią, ale wczorajszy wieczór spędziłam przeglądając fotografie naszych rodzimych "gwiazd" w wykonaniu pewnego niezwykle uzdolnionego fotografa. Oto próbki niektórych z nich: Drapieżna Anna Korcz, zalotna Maria Seweryn, pochmurna Dorota Deląg, skuta łańcuchami Ewa Kuklińska, a na deser, nasza Bardotka znad Wisły -Weronika Rosati. Fotograf do odstrzału, czy brak instynktu samozachowawczego? Aż mnie zęby rozbolały od tej stylizacji. Specjalne podziękowania należą się Forum Telewizja, które zaprowadziło mnie do tej zaskakującej bazy. skomentuj (4) 2005-02-14 00:18:56 zaksięgowane Straciłam zainteresowanie. skomentuj (5) 2005-01-22 23:24:45 seria niefortunnych zdarzeń Podobno człowiek dramatycznie przeżywa moment, w którym odkrywa, że jego rodzice okazują się głupsi od niego. Mnie to na szczęście do tej pory ominęło, natomiast dobija mnie świadomość, że od pewnego czasu lotność umysłu systematycznie mi się obniża, szczyt przypadał jakieś 3-4 lata temu, dzisiaj z trudem przychodzi mi wypowiedzenie zdecydowanej opinii, wszelkie zdania obficie okraszam kwantyfikatorami typu „przy założeniu że..”; "istnieje możliwość, że w określonej sytuacji wystąpi następujące zjawisko...” Bla, bla, bla. Libido naukowe mi opada, co bardzo źle rokuje, jako że wybrałam sobie zawód, w którym liczy się nieustanny rozwój i pogłębianie wiedzy; akademickie dyskusje nużą zamiast pobudzać, uczelniane klimaty lepiej przyswajam na kartkach kolejnej powieści Davida Lodge’a niż w rzeczywistości, a już najbardziej odrzuca mnie od pisania. Stworzenie kilku sensownych zdań przychodzi mi w bólach, a gdy praca polegać ma na ciągłym płodzeniu błyskotliwych artykułów, jest to pewna niedogodność, nieprawdaż? Jedynym pocieszeniem w tej sytuacji może być to, że przynajmniej grafomania mi nie grozi. Oczywiście bardzo możliwe, że właśnie przechodzę fazę przewlekłego lenistwa, taką spóźnioną, jako nastolatka jej nie doświadczyłam, więc może teraz mnie dopadła. Jako remedium ordynuję sobie seanse terapeutyczne z P., którego umiejętności błyskawicznego nabywania wiedzy i tworzenia tekstów mną wstrząsają. Niezłego kopa dają też wieczorne telefony do Bardzo Zdolnego Kolegi, nie nadążam za jego pomysłami i projektami. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że Kolega nie zdaje sobie sprawy z mojej niedyspozycji i chce wspólnie ze mną napisać książkę. Jako niezrealizowany naukowiec i zaawansowana housewife postanowiłam, że przynajmniej będę piękna - w zeszłym tygodniu powierzyłam swe włosy fryzjerowi. Chciałam mieć fryzurę w stylu Poli Raksy w „Beacie”, a wyszło coś na kształt młodego Niemena. Też ładnie. Aby utrzymać notkę w klimacie Lemony Snicketa, dodam, że w naszej kamienicy, w której znajduje się 19 mieszkań, w ciągu ostatniego tygodnia zmarły trzy osoby. Dwie śmiercią naturalną, jedna w skutek ran zadanych nożem. Mieliśmy też napad i próbę włamania. To co, wpadniecie do mnie w przyszłym tygodniu na urodziny? PS Niech mnie ktoś zabierze na „Kabhi Khushi, Kabhie Gham”, bo P. się wymiguje, a inni już widzieli na pokazach przedpremierowych. skomentuj (4) 2005-01-07 09:51:53 ... Plotki o moim zamilknięciu na wieki są zdecydowanie przesadzone. Żyję i mam się świetnie. Nie dopadła mnie depresja ani nowa praca zawodowa. Owszem, zaangażowałam się w kilka projektów, ale wszystkie dziwnym trafem okazały się pro bono. Będą wymagać mnóstwo energii i czasu, w zamian nie oferując wymiernych korzyści. Z drugiej strony, jak obejrzę wyciąg ze stycznia, to pewnie zatęsknię za pracą zarobkową. Z definicji miałam siedzieć w domu na d.... i pisać, ale jak to bywa, odkryłam pewne braki i siłą rzeczy musiałam pewne rzeczy doczytać. Równolegle pochłonęły mnie sprawy domowe. Gotowanie, pranie i pucowanie łazienki. Kupowanie zasłon, różnego rodzaju herbat i kaw i robienie wszystkiego, co składa się na tworzenie domowej atmosfery. Tak, zmieniłam się w chomika domowego i było mi z tym dobrze. Trochę też zżymałam się na internet i to nawet nie z powodu TP SA, chociaż przyznaję, że momentami widziałam oczyma wyobraźni buldożery rozjeżdżające siedzibę tej firmy, a wszystkie panie Grażynki i Janeczki z administracji na bezrobociu. Bardziej irytowały mnie włamy do naszego komputera, telefony na skype od osób, z którymi nie miałam ochoty rozmawiać, brak dostępu do własnego gadu-gadu i konieczność zdobycia nowego numeru. Potem jakaś rozhisteryzowana Kamila obrzucała mnie kalumniami, jakobym ukradła jej numer, wymyślała mi i groziła, że mnie zniszczy. Nie macie wrażenia, że dzisiejsza młodzież jest nieco nadpobudliwa i ekspresywna ponad miarę? Tutaj pozdrawiam młodych ludzi spotykanych w środkach komunikacji miejskiej, zasługują oni na osobną notkę. W prezencie (przed)urodzinowym dostałam od matki chrzestnej piżamę frotte, błękitnoniebieską z różowym króliczkiem między piersiami. Szybki rzut oka wystarczył, by ocenić ją jako niekobiecą, niekształtną i byłam zdecydowana jej nie nosić. W akcie masochizmu ubrałam się w nią raz, celem demonstracji P. diametralnie innego wizerunku. I jak? – pytam - Jak ze snu pedofila – odpowiedział spoglądając na mnie z rozmarzeniem. Jestem skonfundowana. skomentuj (7) 2004-11-02 18:48:07 alternatywy W piątek rozeszły się drogi moje i firmy, w której przez osiem godzin dziennie dokonywałam mordu na własnym czasie. Mimo że zwolniona w trybie natychmiastowym i w średnio przyjemnych okolicznościach, po kilkuminutowym szoku doznałam wszechogarniającego poczucia ulgi. Radość z nagle odzyskanego wolnego czasu miesza się z ze świadomością, że tak naprawdę nie mam pomysłu, co z nim zrobić. Ciągle odkładane zajęcia takie jak hiszpański, lekcje tanga, basen, zrobienie prawa jazdy, etc. mogą się właśnie zrealizować. Z drugiej strony listopad jest idealnym miesiącem na zamknięcie się w domu i napisanie jednego lub dwóch rozdziałów doktoratu. Do głowy przyszło mi też czytanie książek, granie na komputerze, oglądanie filmów i wydawanie przyjęć. No i oczywiście jest też możliwość uruchomienia kontaktów i aktywne poszukiwanie POWAŻNEJ, interesującej i świetnie płatnej pracy. Ale do tego potrzebuję takiej osoby jak Monika z Przyjaciół, która opracowałaby dla mnie foldery i pliki uporządkowane branżami. Tak czy inaczej potrzebuję PLANU. Chwilowo odstawiam też kwas foliowy. skomentuj (8) 2004-10-28 14:29:32 notka zastępcza Tutaj miała się znaleźć utrzymana w lekkim tonie notka, o tym jak: - miło się choruje we własnym co prawda, ale pozbawionym telefonu i internetu mieszkaniu, - wspaniale jest chodzić do teatru z osobą, która umie dobierać sztuki, bo "Błądzenie" było bardzo dobrze wyreżyserowane i zagrane, a za chwilę kupię sobię "Dzienniki" Gombrowicza, - według Jean Claude Kaufmana stanowimy z P. prawdziwą parę, bo dokonaliśmy przełomowego zakupu, - Saturn w Arkadii okazał się zakamuflowanym Media Marktem i jak na to wpadłam, - jeszcze do wczoraj miałam ochotę wycofać się z życia publicznego, jak japońskie nastolatki (tutaj powinna paść oryginalna nazwa zjawiska, ale pamiętam tylko, że zaczyna się na "h", zainteresowanych odsyłam do ostatniego numeru "Forum"), jednak wczoraj udało mi się ściągnąć 40 artykułów z SAGE i życie znowu nabrało sensu, - w pięknym stylu rury odpływowe w łazience oddały swoją zawartość na podłogę i jak ją ratowałam przy użyciu ręczników. W efekcie każde mycie zębów jest podszyte nutką niepokoju: wyleje, czy nie wyleje tym razem (należę do społeczeństwa ryzyka, bez dwóch zdań). Wizyta kontrolna u lekarza odebrała mi jednak ochotę na jakiekolwiek kreatywne pisanie. Nie lubię słów "przewlekłe", "kolejna dawka antybiotyku", "nie wychodzić z domu" użytych w jednym zdaniu. Zwłaszcza skierowanym do mnie. skomentuj (4) 2004-10-11 14:19:20 mala educación Już po drugiej stronie Wisły, żegnajcie autobusy 506, 105, 106 i 125, witajcie korki na Trasie Łazienkowskiej. Mamy fajkę wodną, szklaneczki do picia herbaty po arabsku, dzwonki do odpędzania duchów. Nie mamy kuchni, lodówki, pralki i, o zgrozo, internetu. Można już do nas wpadać na kawę lub herbatę (to znaczy jeśli uda mi się dzisiaj kupić czajnik elektryczny). Parapetówa w planach na koniec października, jak przyjedzie brat P. i moja siostra. A w sobotę dostałam pięścią w twarz. Od mężczyzny. Sprawca miał co prawda trzy lata, ale to go moim zdaniem nie usprawiedliwia, ponieważ w tym wieku powinno się już wiedzieć, że dawanie komuś w twarz bez powodu jest czymś złym. Ja zgłupiałam, rodzice dziecka rozpoczęli jakieś edukacyjne zabiegi, na oko średnio skuteczne. Myślę, że gdyby mały trafił pod moją opiekę na jeden dzień, bardzo szybko zostałabym „znienawidzoną ciocią serraną”, jestem bowiem przeciwniczką bezstresowego wychowywania. Jutro idę odwiedzić trzytygodniowego Kubę, zobaczyć czy bardzo się zmienił odkąd trzymałam go w ramionach jako dwudniowego noworodka. Miejmy nadzieję, że ten nie będzie mnie bił. skomentuj (17) 2004-10-08 11:33:55 cykliczność Zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy, zaskoczył mnie, prawdę mówiąc, nie przypuszczałam, że to już. Odmierzam czas festiwalami: co roku przychodzą do nas Tomek i Karolina, przynoszą katalog, wymieniamy się informacjami o filmach. Ja zaznaczam swoje filmy, P. swoje, wychodzi nam, że wspólnie możemy pójść na jeden seans. Potem mnie wypadają dodatkowe zajęcia, P. koniecznie musi iść na jakieś ważne spotkanie i w efekcie znam cały katalog na pamięć, a filmów obejrzę co najwyżej dwa, trzy. I tak co roku. W tym roku dodatkowe utrudnienie, czyli końcówka remontu. Chcemy się przeprowadzić w niedzielę, oczywiście rodzice jak to usłyszeli, dostali spazmów ze śmiechu. No bo jak można się przeprowadzić do mieszkania, gdzie nie ma łóżka, szaf i zrobionej kuchni. Decyzja jednak zapadła, trudno jest w nieskończoność kursować między pracą, szkołą, sklepami położonymi na obrzeżach Warszawy a dwoma mieszkaniami. Komunikacją miejską, rzecz jasna. Z cyklu: dlaczego podejmowanie dokonywanie wyborów w świecie ponowoczesnym jest trudne: serrana w ciągu 5 minut musiała kupić farbę do pokoju. Zestresowana tym, że już jest spóźniona do pracy, a zgromadzona publika wyraźnie oczekuje jakiejś decyzji, wskazała niepewnie paluszkiem na próbkę koloru. No i moi Państwo, jaki efekt! Pokój miał być słoneczny, energetyzujący, pobudzający do twórczej pracy, a okazał się być po prostu żółty oczojebny. Kolor ten podobno działa na ludzi destrukcyjnie (relacja teścia in spe), wczoraj jednak spędziliśmy tam z P. upojny wieczór szorując podłogę benzyną i jakimiś wiórkami i było całkiem fajnie, więc może jednak da się przeżyć. skomentuj (8) 2004-09-27 10:35:30 prosimy nie powtarzać Dawno się tak zdrowo nie uśmiałam, jak przy lekturze ostatniego felietonu Pilcha. Nie chciałabym być teraz Tomczukiem. To znaczy nie tylko teraz, w ogóle też nie. Jedno mnie zastanawia: nie drukowałam ani w "City", ani w "Przekroju", drogie "Bravo", czy powinnam się tym martwić? Swoją drogą w lipcu naszło mnie ogólne zniechęcenie co do warszawskiej kultury miejskiej, alternatywności i artykułów w "City". Wracam z Francji, a tu bach - "City" zostaje zamknięte. Może zacznę intensywniej myśleć o "Aktiviście" i też go zamkną? Przynajmniej nie będzie szans na to, że natknę się na to pismo w knajpie, przekartkuję i przeczytam (z ciekawości) felieton Drotkiewicz. Ała, naprawdę bolesna lektura. skomentuj (11) |
|